Jak to się zaczęło


Ajajaj… Ale ten blog zarósł – masakra. I najlepsze jest to, że nawet tutaj wkradła się moja (jedna z wielu) wada, a mianowicie lenistwo. Po prostu olałem Namiastkę. Ostatni wpis ukazał się prawie miesiąc temu, a na pulpicie od dłuższego czasu leżą dwa niedokończone wpisy, z czego jeden z nich jest już chyba nieaktualny, ale muszę to jeszcze sprawdzić. A dzisiejszy wpis? Nie chciałem wrzucać tutaj kolejnych wypocin, z których nic nie wynika i są zwykłą prywatą. Teraz też będzie prywatnie, ale w innej formie, bo napiszę kilka zdań, jak to się stało, że nie ma dnia, w którym nie przesłuchałbym chociaż kilkunastu utworów.

Muzyka w moim życiu jest jedną z ważniejszych rzeczy. Prawdopodobnie od niemowlaka towarzyszyła mi, ponieważ mój ojciec jest swego rodzaju maniakiem muzycznym (jak ja). Setki płyt CD, dwa razy tyle kaset i ogromna ilość winyli. Niektórzy z Was wiedzą, że słucham rapu, ale nie zamykam się na inne gatunki muzyczne.

Nieświadomość

Jakoś do piątej klasy podstawówki nie miałem ulubionego gatunku muzyki. Na starusieńkiej wieży, której ojciec chciał się pozbyć, słuchałem każdej płyty, jaką udało mi się podwędzić z pokoju rodziców. Nie obyło się też bez totalnych wpadek muzycznych. Biesiady? Wtedy to były moje ulubione kawałki. Moje i mojego brata, a znajomość niektórych z nich przydaje się do dziś (oooo taaaaak!).

Pierwsze spotkanie z rapem wiązało się z ogarnięciem MTV na kablówce i oglądaniem każdego (KAŻDEGO!) teledysku Eminema. Wtedy świetne kawałki Ema przeplatały się w mojej głowie z genialnymi utworami zespołu Gorillaz. Eminema prawdopodobnie słyszałem już sporo czasu wcześniej, a to za sprawą mojej ciotki, ale nie jestem tego w stu procentach pewien. Już wtedy mój mózg w pewien sposób prowadził selekcję utworów, które mi się podobają, a które mogą… iść bardzo daleko.

Zaczynam ogarniać

Rok szkolny 2004/2005 przyniósł internet i nowiuśki komputer. Wiązało się to również z rozmowami na Gadu-Gadu z kolegami z klasy, którzy podrzucali mi różnego rodzaju kawałki. Większość z nich można było wrzucić do pudełka z napisem ‚techno’. W międzyczasie ściągnąłem z internetu kilka utworów Eminema, Snoop Dogga i 50 Centa, którymi katowałem swoje uszy.

Pewnego razu udałem się do kumpla pożyczyć jakieś gry, a taka wizyta bez własnych pustych CD-ków kończyła się sporym zawodem, ponieważ wielu gier kumple na płytach nie mieli. Tak więc zaopatrzyłem się w płyty, na których wylądowało kilka ciekawych tytułów (HIROŁSY!!!), a na jednym krążku znalazła się sama muzyka. Górowało techno (a jakże), jednak znalazłem tam kilka kawałków Dr. Dre, Paktofoniki, Kalibra, Hemp Gru i Ostrego.

Dwa lata później, gdy zaczynałem naukę w gimnazjum, byłem pewien tego, jakiej muzyki będę słuchał do końca życia – rapu.

Legalizacja

Do początku drugiej klasy gimnazjum nie miałem ani jednej oryginalnej płyty. Na szczęście nawróciłem się (:D), a pierwszą płytą, która wylądowała na moim biurku była trzecia solówka Abradaba – Ostatni Poziom Kontroli. Dzięki temu albumowi spodobało mi się kupowanie płyt, bo wiedziałem, że większość wydań zawiera ciekawe dodatki (wlepki, książka z tekstami piosenek lub bardziej wymyślne bonusy). No i nie mam już poczucia, że okradam moich ulubionych artystów. Dodatkowo jeśli wyczekuje się każdej płyty, to otrzymanie zafoliowanego pudełka z pre-orderu kilka dni przed oficjalną premierą jest najlepszym wynagrodzeniem miesięcy wyczekiwania. Tych wszystkich emocji związanych z oryginałami nie ma w przypadku ciągnięcia płyt z rapidshare’a. „O, dzisiaj ‚ktośtam’ wydał płytę. Fajnie, ściągnę wieczorem”. Zero zabawy!

Takim sposobem na mojej lewej kolumnie co jakiś czas ląduje nowa płyta. Z każdej jestem dumny i nikomu nigdy ich nie oddam. Gdybym miał wybierać najgorszą, to nie wskazałbym żadnej z nich. Wciąż mam wiele płyt na dysku, które chętnie wziąłbym w swoje ręce w wersji fizycznej. Niestety, aby zakupić wszystkie płyty, które mi się spodobały musiałbym wydać ok. 1500 zł. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym będę w stanie wydać kilka tysięcy na same płyty. To będzie jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu.

Samo słuchanie? Nigdy…

Pewnie większość z Was lubi od czasu do czasu włączyć wyobraźnię i wcielić się w ulubionego artystę śpiewającego swoje największe hity. Każdy z nas tak robił, ale tylko niewielu chwyta za gitary, siada za perkusją, keyboardem lub innym sprzętem i tworzy coś swojego. W przypadku rapu początkowo wystarczy odpowiedni program i kontroler (keyboard/MPC/klawiatura), a ja, gdy mam okazję, to z chęcią odpalam FL Studio i staram się doskonalić swoje umiejętności. Słuchanie jest spoko, ale tworzenie jest jeszcze lepsze!

Jak to wszystko się skończy? Jeszcze nie wiem, choć czułbym się spełniony, gdybym zarabiał na tworzeniu muzyki. Tymczasem nie ma dla mnie dnia bez muzyki, zawsze mam przy sobie swojego iPoda z 8GB muzyki lub telefon wraz z słuchawkami, abym nie nudził się na kolejnej głupiej lekcji lub w drodze do domu/gdziekolwiek. W żadnym wypadku nie chciałbym utracić zdolności słuchu. Nie wyobrażam sobie życia bez możliwości usłyszenia mocnej stopy, wyrazistego werbla i tłustego basu. Po prostu sobie nie wyobrażam.

———

A Ty? Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z muzyką? Jesteś tylko słuchaczem, czy tworzysz też coś swojego? Przypomnij sobie, skleć chociaż kilka zdań na ten temat, wrzuć na swojego bloga i zostaw link w komentarzu pod tym wpisem. Nie masz bloga? Czuj się swobodnie opisując swoją historię w komentarzu.

Reklamy
Otagowane , , , , , , ,

3 thoughts on “Jak to się zaczęło

  1. Sad Statue pisze:

    Muzyka… cóż, mój gust muzyczny dosyć długo się kształtował. Wiadomo, początkowo nawet disco, techno, dopiero potem poznałem rock/metal/punk i tak zostało. Ale z rapu też znam ciekawych wykonawców, aczkolwiek słucham tego tylko od czasu do czasu. A tak w ogóle to powodzeniu w spełnianiu marzeń. Czekam na Twoje kawałki 😉

  2. Cedrik pisze:

    Hmm… ja miałem dziwnie. Najpierw słuchałem co popadło. W gimnazjum się zdresiłem i uwielbialem Hip-Hop (inna sprawa, że wtedy wiele tych kawałków było nastrojowych, z przesłaniem i nie uświadczyłbyś tam ani jednego przekleństwa. Chyba, że uzasadnionego). Potem, w liceum odkryłem metal. Zaczęło się od Vadera i Nightwisha. Ten drugi zespół obecnie jest moim bogiem, choć i Rock i Metal są już przeze mnie nieźle wyeksploatowane 🙂

  3. Balka pisze:

    Od zawsze słuchałem muzyki. Było to chyba w 2 klasie gimnazjum, kolega przy okazji nagrywania jakiejś gry pokazał mi kilka utworów vavamuffin (jeden z nich właśnie teraz leci), od tej pory jamajskie rytmy są zemną i nigdy mnie nie opuszczą. Jak to zaśpiewał Gutek „Ja preferuje relaks w rytmie roots-reggae-raggea”

    Muzyki słucham nie mal zawsze, czy to w autobusie z mp3/telefonu, z płyt jeżdżąc samochodem, siedząc w domu przed komputerem…

    Bless you!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: