Maraton Pierwszy


Jest ktoś na sali, ktokolwiek, kto nie widział ani jednego filmu o przygodach Indiany Jonesa? Jeśli tak, to niech wyjdzie i nadrobi zaległości. Albo nie, zostań, bo ten odcinek będzie traktował właśnie o serii filmów o Jonesie. No, skoro wszyscy są obecni, to mogę zacząć.

Indiana Jones (właściwie dr Henry Walton Jones Jr.) jest archeologiem, który pomiędzy swoimi wyprawami wykłada archeologię na uniwersytecie. Postać ta rozpoznawalna jest przede wszystkim dzięki charakterystycznemu kapeluszowi i biczowi. Obie te rzeczy bohater zawsze miał przy sobie. Do tej pory nakręcono cztery przygody Indy’ego, z czego ostatnia z nich w kinach zawitała w 2008 roku. Ale na wszystko znajdzie się miejsce, więc zacznę od początku, czyli:

Indiana Jones i Poszukiwacze Zaginionej Arki.

Pierwszy film traktujący o przygodach Indiany Jonesa. Archeolog powraca z nieudanej wyprawy, która zakończyła się niepowodzeniem dzięki nazistom. Ci są jednym z głównych wrogów bohatera i co chwile stają mu na drodze. Po powrocie do domu Jones otrzymuje kolejne zlecenie. Tym razem zostaje wysłany do Egiptu, gdzie podobno można znaleźć zaginioną przed laty Arkę Przymierza. Artefakt ten pożądany jest również przez nazistów, którzy z jego pomocą chcą zapanować nad całym globem. Tak właśnie rozpoczyna się niezwykła przygoda pełna pościgów oraz pojedynków.

W rolę Indiany Jonesa we wszystkich częściach wciela się Harrison Ford. Aktor ten nigdy nie był przeze mnie ceniony. Ot, aktor jakich wielu. Zdanie zmieniłem dopiero po obejrzeniu „Poszukiwaczy…”, w których wykreował jednego z moich ulubionych bohaterów kina. Wiadome jest, że większą część zasług należy przypisywać nie aktorowi, lecz scenarzystom, ponieważ to właśnie ci musieli wszystko od podstaw wymyślić. Jednak ktoś musiał to wszystko odpowiednia zagrać i to Fordowi jak najbardziej się udało.

Oczywiście nie mogło zabraknąć kobiety, która towarzyszyła by głównemu bohaterowi. W tej części została nią Marion Ravenwood (kapitalnie zagrana przez Karen Allen) – twarda babeczka, początkowo z Indym łączy ją jedno uczucie – nienawiść. Potrafi wchłonąć taką ilość alkoholu, jaka zwaliłaby z nóg średniego rozmiaru jednostkę wojskową.

Resztę aktorów i odgrywanych przez nich postaci mógłbym wymienić, ale nie miałoby to sensu, ponieważ przez większą część filmu oglądamy Jonesa lub Marion. I nie jest to jakakolwiek wada filmu, wręcz przeciwnie. Ta część wypada w cholerę na plus! Jak to pierwsze części.

Indiana Jones i Świątynia Zagłady

Akcja rozgrywa się w roku 1935. Indiana Jones przyjeżdża do chińskiej restauracji, w której ma dokonać wymiany z przywódcą tamtejszej mafii. Niestety – bohater nie otrzymuje należącej się zapłaty, lecz zostaje otruty. Udaje mu się zdobyć antidotum dzięki piosenkarce, niejakiej Willie Scott, która w tej części będzie dziewczyną Indy’ego. Bohaterowie starając się uciec jak najdalej od Chin nieszczęśliwie rozbijają się w Indiach, gdzie w zatrzymują się w prymitywnej wiosce. Tubylcy z chęcią pomogą dostać im się do Delhi, lecz pod jednym warunkiem – Jones odnajdzie święty kamień, który został z wioski skradziony. Tak rozpoczyna się kolejna przygoda naszego archeologa.

Harrison Ford znów spisał się świetnie, jednak do końca życia zapamiętam komiczną scenę, która została skondensowana do świetnego gifa (do zobaczenia tutaj). Kate Capshaw zagrała tutaj Willie Scott i szczerze mówiąc nie spodobała mi się. Może nie tyle chodzi o jej grę aktorską, a bardziej o postać przez nią odgrywaną. Bohaterka ta jest rozpieszczoną paniusią, bojącą się odrobiny brudu. Na szczęście ten niż nadrabia Jonathan Ke Quan, który tutaj zagrał chińskiego przyjaciela Indiany. Ten mały chłopaczek przyprawił tą część odrobiną komedii, co wyszło filmowi na dobre. Szkoda, że w kolejnych filmach nie można go już zobaczyć.

Świątynia Zagłady jest kolejną częścią „in plus”.

Indiana Jones i Ostatnia Krucjata

Trzecia już przygoda Indiany Jonesa. Tym razem musi ruszyć na ratunek swojemu ojcu, który został uprowadzony przez nazistów. Dlaczego? Otóż Henry Jones (ojciec Indy’ego) prawie całe swoje życie szukał świętego Graala i jest w posiadaniu bardzo cennych notatek, dzięki którym można znaleźć ten cenny artefakt. Indiana będzie musiał uratować swojego ojca, odzyskać notatki i zdobyć Graala.

Henry’ego Jonesa zagrał tutaj Sean Connery i udało mu się wykreować bardzo sympatyczną postać. W każdej sytuacji jest spokojny (nawet gdy nad głową świszczą kule), cały czas zwraca się do Indiany per „Junior” i wszystko co ten zrobi oczywiście skrytykuje (jak to ojciec). Nie zabrakło oczywiście kolejnej dziewczyny głównego bohatera, jednak nawet nie warto o niej więcej pisać. Ot, zwykła aktorka.

Fabuła „trójki” to znów bajka z cennym artefaktem w tle, jednak jest to kolejna część, którą świetnie się ogląda. Może nie jest to poziom dwóch poprzednich filmów, bo przyjemność z oglądania jest mniejsza, ale wciąż jest dobrze.

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki

Rok 1957. Indiana wraz ze swoim przyjacielem Mac’iem wraca do kraju, po kolejnej wyprawie. Niestety ostatnie wybryki nie spodobały się rządowi i nalegają, aby Jones został wydalony z uniwersytetu. Bohater wyjeżdża z miasta i na swojej drodze spotyka Mutta – młodego i niepoukładanego chłopaka, który chce ubić interes z Indym. Jeśli ten pomoże Muttowi w pewnej osobistej sprawie, to młodziak pomoże archeologowi znaleźć kryształową czaszkę z Aktor. Oboje wyruszają do Peru w poszukiwaniu czaszki. Niestety tym artefaktem zainteresowani są również sowieci, którzy wierzą, że przedmiot ten zapewni im władzę nad światem.

I tutaj cała forma Indiany spada na łeb, na szyję. Po pierwsze Harrison Ford nie jest już tym samym młodym archeologiem, jakim był niecałe 30 lat temu. Takiemu staruszkowi nie wypada już skakać po samochodach i rozbijać się po dżunglach. Powinien trzymać się ciepłej posadki na uczelni. Choć Ford wciąż jest bardzo dobrym aktorem, jednak jest już w takim wieku, że filmy przygodowe nie powinny występować w jego rozkładzie zajęć. Wielu ludzi zachwycało się Cate Blanchett, która zagrała tutaj twardą, rosyjską babkę. Aktorka ta spisała się tu świetnie. Gdybym nie znał jej z innych filmów, to dałbym sobie rękę uciąć, że to jakaś rosyjska aktorka („no i bym teraz k***a ręki nie miał” – z jakiego to filmu?). Za to Shia LaBeouf zagrał Mutta. Niestety aktor ten całe życie będzie mi się kojarzył z rolą w Transformersach i nic tego nie zmieni. Między innymi dlatego dziwnie mi się oglądało tą część.

Scenariusz? Może nie jest straszny oraz głupi, ale dziwny i przesadzony. Rozumiem te wszystkie „magiczne” akcje ze starej trylogii, ale to, co się działo w finale tej części jest po prostu złe i… boli. Boli to, że tak dobra seria filmów doczekała się takiej kontynuacji. I nie przyjmę żadnych wymówek twórców, którzy mówią, że zmieniły się czasy, a wraz z nimi zmienił się widz. Sorry, ale mnie bardziej spodobały się te starsze filmy. „Czwórka” to film średni. Można obejrzeć, ale dopiero wtedy, gdy kumpel kupi go na DVD i zaprosi cię do siebie na piwo przy Królestwie Kryształowej Czaszki. Inaczej nawet tego kijem nie tykaj.

 

Aby obejrzeć wszystkie części Indiany Jonesa poświęciłem całą noc, tj. od 22 do godziny 5-6 (nie pamiętam dokładnie). Gdybym obejrzał tylko pierwsze trzy części, to położyłbym się spać cholernie usatysfakcjonowany. Niestety korciło mnie, aby zaliczyć wszystkie filmy i takim sposobem sięgnąłem również po Królestwo…. Po zakończonym seansie kładłem się spać po części usatysfakcjonowany i po części zniesmaczony. Zniesmaczony tym, co obecnie Hollywood potrafi zrobić ze świetnymi produkcjami. Niestety nie zmienimy tego. Najbardziej niepokoi mnie teraz to, że na 2012 rok zaplanowano piątą odsłonę Indiany Jonesa. Zapewne obejrzę, ale na 70% nie będę zadowolony z tego wyboru.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , ,

6 thoughts on “Maraton Pierwszy

  1. Baluk pisze:

    A tak na poważnie, to nigdy nie oglądałem Indiany. Trzeba będzie nadrobić.

  2. Thompson51 pisze:

    Zacznę od tego, że uwielbiam filmy o IJ, głównie dlatego, że się na nich wychowałem. Oglądałem je dziesiątki razy i mogę cytować dialogi. Wszystkie pierwsze trzy części trzymają bardzo wysoki poziom. Moja ulubiona odsłona to „…i Ostatnia Krucjata”. Bardzo lubię kreację Seana Connery’ego i jego relacje z Indym. Klimat również – jest całkiem mroczny, przeplatany z bardzo dobrym humorem. Dalej na mojej liście są „Poszukiwacze zaginionej Arki”. Mroczny klimat, scena z końca, gdzie Arka jest wieziona przez magazyn oraz scena, gdzie Indiana na targowisku strzela do uzbrojonego w miecz wojownika są moimi ulubionymi w całej serii. „Świątynię Zagłady” uważam za mniej udaną, która poszła trochę w innym kierunku. Jest mniej poważna i mroczna, bardzo „przygodowa”. No ale scena z obiadem w pałacu również pozostaje głęboko w pamięci… Na „Królestwo kryształowej czaszki” owszem, czekałem, ale kiedy już trafiło do kin, zawiodłem się. Dopiero jakiś czas temu, kiedy obejrzałem ten film jeszcze raz (choć się od tego wzbraniałem) uznałem, że jest nawet niezły, na poziomie zbliżonym do „Świątyni Zagłady”. ALE… rażą renderowane tła zwłaszcza w dżungli, których wg pierwszych wywiadów miało nie być (wszystko miało być kręcone po staremu). W dodatku mam dość tego, że we wszystkich filmach Spilberga są OBCY. Także cały scenariusz był dość prosty, w sumie nie wiem co ich pchało na dalsze tropy i jakim cudem dotarli do finału. Także całe te wątki z synem i Marion też są jakieś „takie se”. No i te liany… No ALE… początek jest całkiem klimatyczny. Scena z lodówką i atomówką przesadzona, ale również ciekawa. Gdyby nie ci OBCY z końca filmu, w sumie jakoś to bym wszystko zniósł. Boję się o kolejną część, liczę na wątki albo Chrześcijańskie, albo poszukiwanie Atlantydy. Chociaż nie, tam też mogą być OBCY…

  3. Madt pisze:

    Też kiedyś urządziłem sobie maraton z tymi filmami. Najbardziej podoba mi się oczywiście część pierwsza, a najmniej druga. Uważam, że jest gorsza od najnowszej odsłony. Nie wiem, dlaczego wszyscy tak się czepiają „Królestwa kryształowej czaszki”. Tak, film jest momentami przesadzony, zwłaszcza ostatnia scena – ale każdy IJ posiadał takie sceny. Poza tym większość nowych filmów rozrywkowych o wiele bardziej w tym przoduje – np. Transformers 2. Poza tym Harrison Ford nie wygląda w tym filmie aż tak staro, choć trzeba przyznać, ze jeśli powstanie następna część to trudno będzie już tego uniknąć.. Może lepiej żeby twórcy poczekali aż bardziej rozwinie się grafika 3D, aby mogli zrobić coś w stylu najnowszego Trona (odmłodzony Jeff Bridges)? 😛 W każdym razie – najnowsze przygody Indiany Jonesa wcale mnie nie zawiodły. Chciałem dobrego filmu rozrywkowego i taki dostałem w przeciwieństwie do wyżej wspomnianego Transformers 2 (który w porównaniu z cz. 1 jest marny).
    Pozdrawiam, Madt :]

  4. Madt pisze:

    ^ „Takie sceny” czyli sceny przesadzone, a nie z obcymi… 😉 Faktycznie, u Spielberga trochę ich za dużo.

  5. sadstatue pisze:

    Chyba rok temu obejrzałem sobie trzy pierwsze części, wcześniej wprawdzie widziałem tej kawałek, to tamtej kawałek… ale nigdy całości nie „zaliczyłem”. W końcu jednak to zrobiłem i naprawdę świetnie się bawiłem. Czwarta część oczywiście nie trzyma poziomu poprzedniczek, mimo wszystko fajnie, że Indy powrócił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: